Operacja Brumela przez Kalinnikowa

I nagle artykuł Zajcewa! Przedstawił swój nowy wynalazek. Nie wierzyłem własnym oczom – czytałem opis aparatu, który pięć lat temu prezentowałem na konferencji republikańskiej. Niepojęte. Zajcew! Mój sojusznik i taka ewidentna kradzież! To musi być nieporozumienie”.

Kalinnikow odwiedza go. – Więc… – mamrotałem. – Mam rozumieć… że mój aparat jest teraz pański? Zajcew wybuchnął śmiechem. Siedziałem, nic nie rozumiejąc: nie wyjaśniał, nie zaprzeczał, nie przepraszał…

– Bóg z panem, Stiepanie lljiczu! – opanował się wreszcie. – Cóż wspólnego mogą mieć ze sobą nasze aparaty? Pańska konstrukcja była bardzo prymitywna, my zaś wprowadziliśmy szereg poważnych modyfikacji. Oj, nieładnie – pogroził mi palcem. – Czego jak czego, ale tego się po panu nie spodziewałem.

– Ale zasada – coś dławiło mnie w gardle. – Zasada mojego aparatu… Przecież się nie zmieniła…

Zabrzmiał telefon, Zajcew musiał wyskoczyć na dziesięć minut. I wtedy właśnie Kalinnikow zrozumiał, że Zajcew stał na jego drodze. Całe zamieszanie wokół wynalazku, zarzuty, sypiące się jak z rogu obfitości wieloletnie kłopoty – wszystko organizowała jego doświadczona ręka.

Pojąłem, że ten potwór nie cofnie się przed niczym, byle tylko zniszczyć mnie prędzej czy później. Spytałem: Cóż więc robić? I odpowiedziałem: Walczyć. Otwarta wojna z Zajcewem. Nie było innego wyjścia. Od tego zależało wszystko”.

Operacja Brumela przez Kalinnikowa doszła jednak do skutku. Jeszcze w tym samym dniu wykonał on sto kroków, oglądając w telewizji hokejowy mecz z Kanadą.

– Czym pan tłumaczy tak długą i uporczywą niechęć niektórych wybitnych traumatologów do posługiwania się metodą Kalinnikowa – zapytał Brumel jednego z młodszych lekarzy instytutu. Uśmiechnął się.

– Po pierwsze, musieliśmy przyznać, że nie są znów tacy wybitni. Rozumie pan, jakie to trudne. Po drugie, aparat wymaga od lekarza wręcz inżynierskiej głowy. Oznacza to, że trzeba by się poduczyć. A któż ma na to ochotę w podeszłym wieku? Po trzecie, u nas każdy wynalazek musi odpowiednio dojrzeć.

– Nie rozumiem.

– Przez wiele lat pewien uczony udowadniał urzędnikowi konieczność wdrożenia swojego wynalazku. Bez skutku. Dotarł wreszcie do samej góry. Góra zareagowała. Oporny urzędnik otrzymał polecenie: Wdrożyć. Uczony puknął się w czoło. Dureń jestem! To ja tyle lat przekonuję pana o potrzebie wdrożenia wynalazku, a tu wystarczy jeden telefon. Urzędnik odpowiedział: Kochany! Jest pan w błędzie. Każdy telefon musi dojrzeć do zadzwonienia! Podobne dojrzewanie bywa, niestety, normalnym udziałem wielu naszych uczonych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *