Podjazdowa walka między bioterapeutami a lekarzami

Bardzo niejasne sytuacje powstają wtedy, gdy bioterapeuta wchodzi na teren szpitala incognito. Zdarza się niejednokrotnie, że sytuacja chorego jest beznadziejna, z wypowiedzi udzielanych rodzinie wynika, że nie wiadomo, czy chory dożyje do następnego ranka. Następuje zatrzymanie wydalania moczu, czerwonych ciałek jest milion dziewięćset, ciśnienie krwi niezwykle wysokie – i w takim właśnie momencie pojawiamy się jako „krewni” chorego. Czy można nie wpuścić kogoś do umierającego. Żadne sprawdzanie dowodów osobistych nic tu nie da, bo krewny nie nosi przecież takiego samego nazwiska. Następuje gwałtowna poprawa. Nie mówię, że to reguła, chodzi raczej o wyjątki, ale pamiętam takie przypadki.

Nie można tutaj powiedzieć, że wszystko co piękne dokonało się za sprawą tylko i jedynie bioterapii. Walka personelu medycznego o zdrowie chorego przeplata się tu nierozłącznie z działaniem bioterapeuty. Wszystko tu jest równie ważne – podany na czas lek, włączona kroplówka, nawet codzienna toaleta chorego – wystarczy, że nie zagra jeden z tych elementów i „nawet” bioterapeuta, choćby wydawało mu się, że jest wszechmocny, nie ma czego szukać.

Kiedy jednak toczy się podjazdowa walka między bioterapeutami a lekarzami, kiedy potępia się bioterapeutę w czambuł, pacjenci i ich rodziny na zasadzie przekory stają po naszej stronie i przypisują nam całą zasługę w wyleczeniu chorego. I kiedy wychodzi on już do domu, a lekarz dowiaduje się w ostatniej chwili, że to nie jego wiedza i starania to sprawiły, rozgoryczenie jego musi być duże. Jakże inaczej mogłoby to wszystko wyglądać. Lekarze sami są winni, że tak to wygląda. Odtrącając rękę wyciągniętą do współpracy wydaje im się, że w tym momencie triumfują. Zapominają, że cenę tego triumfu gorzko opłacą, i to w najbardziej niespodziewanych momentach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *