Szpitale onkologiczne

Kolejny przypadek, który zakończył się śmiercią pacjentki, dotyczy Zofii K. To, co mówiła, wydało mi się tak nieprawdopodobne, że podczas czwartego spotkania sporządziłem notatkę, którą spisałem w obecności jej i jeszcze innej pacjentki. Oto jej treść: „Wyciek z piersi zaczął się od grudnia 1981 r. Zgłosiłam się do lekarza rejonowego (z jej listu wynika, że uczyniła to dopiero w grudniu 1982 r.), który skierował mnie na naświetlania do Akademii w Gdańsku. Tam nie przyjęli mnie, bo było za późno, i lekarze zdecydowali, o operacji piersi. Na izbie przyjęć mnie nie przyjęli z powodu braku miejsca. Kazali się zgłosić do innego szpitala. Wobec tego nigdzie indziej już nie byłam”. Wtedy wydawało mi się to nieprawdopodobne, ale dzisiaj już nie. Powołajmy się jednak na autorytet znaczniejszy niż moje doświadczenia – na artykuł red. Anny Wcisło w „Przekroju” nr 1934 z 1982 r., zatytułowany Rak. Pozwalam sobie zacytować jego urywek:

„W instytucie jest 220 miejsc. 0 wiele za mało. Lekarze stoją codziennie przed tragicznym wyborem. – Kogo mam przyjąć – pyta doc. Skołyszewski, dyrektor instytutu – młodą dziewczyną z niezaawansowanym rakiem piersi, czy starą samotną kobietą, której i tak niewiele mogą pomóc? Nie powinno sią stawiać lekarza przed takim wyborem.

Szpitale onkologiczne prowadzą ostrą selekcją. Przyjmują tylko tych, którzy mają wysokie szanse na wyleczenie. Pozostali, zwłaszcza przewlekle chorzy, nie mogą «blokować» miejsc, które przydzielone komuś innemu mogą uratować mu życie. Kieruje sią ich do innych szpitali, a ponieważ i tam nie ma miejsca, umierają w domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *